Barbara Nowak: Kto zapłaci za darmowy podręcznik dla pierwszaków?

1 września większość pierwszoklasistów zaczęło swoją przygodę szkolną od nauki z podręcznika rządowego. To, co najważniejsze dla rodziców tych uczniów, darmowego. Najmłodsi wypożyczają od szkoły podręcznik nazwany Elementarzem. Ma on służyć, co najmniej trzem rocznikom pierwszoklasistów. Jeśli dziecko zgubi podręcznik albo go zniszczy rodzice będą musieli zapłacić karę, której wysokość ma określić dyrektor. Dodatkowo szkoły dostaną dwie dotacje: jedna na zakup podręcznika do języka obcego w kwocie 25 złotych i druga na materiały ćwiczeniowe w wysokości 50 zł (na ucznia). Ministerstwo Edukacji Narodowej nie finansuje podręcznika z religii tłumacząc, że nie jest ona przedmiotem obowiązkowym. Języka obcego młody Polak ma uczyć się obowiązkowo, a religii już tylko jeśli rodzice wyrażą taką wolę. To oczywiście dyskryminowanie większości społeczeństwa polskiego przez rząd koalicji PO-PSL.

Decyzja o wprowadzeniu darmowego podręcznika do klas pierwszych zapadła w lutym 2014 wraz z zatwierdzeniem przez Sejm RP nowelizacji ustawy o systemie oświaty. Pod koniec sierpnia pierwsza część Elementarza trafiła do szkół. Dobry podręcznik pisany jest zwykle w czasie dwóch lat. Czemu miał służyć taki pośpiech? Chodziło o to, aby za wszelką cenę dotrzymać terminu i zdążyć z tym hucznie zapowiadanym sukcesem przed wyborami samorządowymi. Jedno jest pewne, w takim tempie opracowywany podręcznik nie mógł się ustrzec błędów. Dziś wielu pedagogów wystawia mu oceny negatywne i to ze względu na błędy metodyczne i merytoryczne, infantylność i chaos w przekazywanych treściach, a także nadmiar kolorów, które rozpraszają zamiast koncentrować na wybranych elementach. Nie brakuje też opinii, które mówią, że rządowy podręcznik nie ma prawa być nazywany elementarzem, bo po prostu nim nie jest. Pani Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego z Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego kategorycznie ocenia, że rządowy elementarz zaprzecza podstawom pedagogiki wczesnoszkolnej. Jest też redagowany zgodnie z myślą, aby dzieci, broń Boże nie poznały naszej polskiej tradycji. Trzeba było oburzenia licznych recenzentów, aby treść podręcznika uzupełniono informacją, że święta obchodzone w grudniu, te z choinką, mają swoją nazwę: Boże Narodzenie. Ale o innych narodowych świętach już nie wspomniano. Ministerstwo nie chce, aby nasze dzieci były wychowywane na patriotów. Trudno się zatem dziwić, że szkoły niepubliczne najczęściej zrezygnowały z podręcznika przygotowanego przez MEN. Znamienne są słowa Marka Radyko, dyrektora Pierwszej Społecznej Szkoły Podstawowej w Gdyni, który wybór innego niż rządowy podręcznik wyjaśnił mówiąc, że w jego szkole dba się o poziom edukacji. Taka postawa nie w smak jest Gazecie Wyborczej, która już rozpoczęła akcję tropienia szkół , które wybrały inny niż rządowy podręcznik.

To, co zaskoczyło i zabolało polskich wydawców podręczników było zignorowaniem ich dorobku. Wolny rynek książek w Polsce spowodował, że obecnie mamy wiele bardzo dobrych podręczników, które spełniają wszystkie wymagania dydaktyczne, są zatwierdzone przez MEN. Ich wysoki profesjonalizm został zauważony w Europie, gdzie otrzymały liczne prestiżowe nagrody. Ministerstwo zamiast produkować nowy elementarz mogło ustalić z wydawcami ujednolicenie cen już wydanych książek, a następnie refundować je szkołom. Tym samym szkoły miałyby nadal zagwarantowany wybór i to spośród pozycji sprawdzonych już w procesie nauczania. Decyzja rządu była jednak inna, można powiedzieć z całą odpowiedzialnością szkodliwa, co najmniej pod kilkoma, względami. Dla dzieci, które będą uczone ze słabego, obarczonego wieloma błędami podręcznika, dla nauczycieli, bo często będą musieli sięgać do innych materiałów (za jakie pieniądze?), aby te zdolniejsze nie nudziły się na lekcjach, a także dla całego przemysłu wydawniczego. Szacuje się, że zastój na rynku podręczników spowoduje zwolnienie z pracy kilku tysięcy ludzi. Broniąc się przed wycofaniem z rynku wydrukowanych już książek, wydawnictwa gotowe były rozdawać swoje podręczniki za darmo pod warunkiem, że szkoły dokonają właśnie u nich zakupów materiałów dodatkowych, na które otrzymały dotacje. Brakuje jednak informacji, czy i ewentualnie, ile szkól skorzystało z tej oferty. W obawie przed reakcją MEN, a także z powodu komplikacji wynikających z przekonywania rodziców do takiej decyzji i krótkiego czasu na przeprowadzenie z nimi konsultacji, dyrektorzy w większości, dla świętego spokoju uznali, że lepiej się nie wychylać i przyjąć darmowy podręcznik. Niestety ta decyzja zaowocuje konsekwencjami wynikającymi z uczenia dzieci z  materiału wątpliwej jakości.

Za darmowy podręcznik dla pierwszaków zapłacą rodzice starszych dzieci, od drugiej klasy wzwyż. To oni tak naprawdę składają się na rządowy podręcznik. Gdzieś przecież wydawnictwa podręcznikowe musiały sobie odbić finansowe straty, a przynajmniej je zminimalizować. Ceny podręczników poszły w górę o kilka złotych za sztukę, a kilkanaście do kilkudziesięciu złotych za komplet. Rodzice pierwszoklasistów są zadowoleni, ale reszta zapłaci jeszcze więcej niż w zeszłym roku.

Rząd premiera Tuska chciał kupić przychylność rodziców najmłodszych uczniów, a także chociaż trochę złagodzić krytykę za narzucenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Dlaczego jednak koszty poprawy wizerunku rządzącej partii mają ponosić rodzice starszych uczniów, a także drukarze i pracownicy wydawnictw, którzy stracą pracę? Badanie wytrzymałości Polaków na kolejne, drogie społecznie eksperymenty Platformy Obywatelskiej, trwa w najlepsze.


  • Deklaracja członkowska

    Zapraszamy do współtworzenia naszego Stowarzyszenia. Osoby chętne do współpracy prosimy o wypełnienie deklaracji i wysłanie na podany adres mailowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
    Deklarację można pobrać  TUTAJ